Ten tydzień to jakiś taki mini koszmar. Stresuję się jutrzejszymi i piątkowymi egzaminami, studniówką, polonezem i komputerem, który nie chce działać jak powinien. Średnio poszła mi poniedziałkowa matura próbna z angielskiego, chociaż myślałam, że to nie jest coś trudnego. Się pomyliłam. Dodatkowo pogoda jest tak beznadziejna, że ciężko trafić z ubraniem się odpowiednio i w efekcie siąpię nosem. Muszę się zaraz czymś naszprycować, bo na bal chcę chociaż trochę wyglądać jak człowiek, a nie zombie z czerwonym nosem.
W tę sobotę nie będę miała czasu dokończyć lepików, ale mam trochę innej biżuterii, więc jest dobrze. Ta bransoletka jest jeszcze przedświąteczna. Praktycznie przez trzy tygodnie nic nie tworzyłam, co się na mnie odbiło, a to co widać poniżej to wykorzystywanie sznurka, którego miałam siedem metrów. Aktualnie bransoletka jest przeznaczona do rozdania na pewnym fanpejdżu. :) Jest prosta, ale polubiłam ten płaski warkoczyk.
Wracam do ważnych spraw takich jak szydełkowanie, rysowanie... O no no, do książek. Szydełko nie ucieknie. :V
Miłego dnia!
Całuję ;*