Spędziłam cały dzisiejszy dzień w kościele, na rekolekcjach dla maturzystów. Kark mnie boli, wymarzłam za wszystkie czasy, ale w sumie nie było źle. Dobrą kawę dawali. :V Z racji powiedzmy, że zmarnowania tych sześciu godzin teraz odbijam sobie i morduję biedne ukulele oraz jeszcze biedniejsze opuszki palców, robię matmę i nadrabiam zaległości w analizach. Ołówek też się na mnie patrzy, więc pewnie jak odłożę na chwilę instrument i obliczenia to przysiądę do szkiców. Robienie kilku rzeczy na raz jest ok. :'D
Kupiłam sobie dwa woreczki tańszych koralików - seed beads, czy jakoś tak. Jestem za leniwa na szukanie nazwy tego. No, ale nabyłam je sobie, bo akurat była promocja. Dostałam kosmiczną nauczkę, że do beadingu nie ma, że taniej, ma być równo. No i ... Czarne koraliki okazały się być w trzy światy, szare nieco mniej, chociaż też zdarzały się krzywe. Stwierdziłam, że jak ich nie wyrobię to będą leżeć, więc po prostu wzięłam wszystkie czarne, co bardziej krzywe szare i zrobiłam sobie wężyka bez składu i ładu. :D Parę koralików się schowało, gdzieniegdzie dodałam jednego koralika czy dwa do rządka, ale w ogólnym rozrachunku wygląda to tylko nie bardzo dobrze. Jak dla mnie do noszenia się nadaje. Oczywiście tylko na mnie, bo nikomu bym go nawet za darmo nie oddała, bo siara. xD
Póki nie wróciłam do zajęć idę sobie wrzucić kolejne Monte na ząb. Taki życiowy wygryw i przegryw za razem. Brać udział w projekcie, gdzie fundują 32 opakowania deseru i być w trakcie ograniczania słodyczy. :'D Żeby nie skończyć grubą i załamaniem postanowienia będę pewnie rozdawać znajomym po opakowaniu, niech mają coś ode mnie, nie tylko wspomnienia. xD
Miłego wieczoru!
Całuję :*